Skip to content

Poród na Islandii

Poród na Islandii

Zastanawiasz się jak wyglądają porody na Islandii?

W tym miejscu co jakiś czas będę publikować historie porodowe kobiet, które urodziły na wyspie. 

Historia Emilii

To historia mojego porodu na Islandii, pierwszego i jak dotąd jedynego.


Od początku ciąży byłam pozytywnie nastawiona do porodu. Uznawałam to po prostu za kolejny krok, który trzeba zrobić i koniec. Cieszyłam się ze odbędzie się on na Islandii. Mam jakieś większe zaufanie do tutejszej służby zdrowia. Więc oczytana we wszystkich blogach i od informacji od położnej wyczekiwałem tylko aż się zacznie. 

Termin 6.02,  mąż ma urodziny 7.02. Po cichu liczyłam że zrobię mu prezent, ale niestety termin minął, a tu totalna cisza. Miałam wyznaczoną kolejną wizytę u położnej gdzie odbędzie się masaż szyjki macicy. Zaczęłam się trochę denerwować bo słyszałam z opowieści że może to być gorsze od porodu, na szczęście mała wyskoczyła wcześniej. 

Tak w każdym dniu jak tylko mąż wracał z pracy miałam nadzieję, że to będzie właśnie dziś. W ogóle ciągle nie rozumiem dlaczego tak mi zależało żeby poród się zaczął wieczorem albo w nocy. Pewnej nocy jak mąż już spał, a ja  z bezsenności oglądałam tv i nagle jakieś dziwne bóle się zaczęły. Próbowałam zmieniać pozycję w łóżku, ale to nic nie dało. Wstałam, podchodziłam po mieszkaniu, a one ciągle wracały, nie podobne do niczego. 

Wzięłam za zegarek patrzę, a one są co 6-7 minut! Budzę męża mówię żeby się ogarnął bo chyba się zaczyna i żeby dzwonił do szpitala. W szpitalu powiedzieli żeby czekać w domu i jak się pojawią co 2-3 minuty przyjeżdżać. No to czekamy…wanna, prysznic herbata słodkości czas mija. Nagle zobaczyłam krew na wkładce. Proszę męża żeby znowu zadzwonił, skurcze co 4-5 minut. Szpital odpowiada to normalne proszę dalej czekać

Minęło już 5h od pierwszych bóli. Jest około 4 w nocy mówię do męża, że jedziemy najwyżej nas odeślą do domu, ale po prostu się martwię bo jakby nie było jest to mój pierwszy poród. W drodze widzę, ze już skurcze są co 2 minuty wiec czuję, że już bliżej niż dalej. 

Badanie w szpitalu położna mówi „jest jakieś 8-9 cm pani już tutaj zostanie”. Ja w szoku, ale i zadowolona. Myślę sobie został 1cm więc chwila moment i urodzę. Niestety ten 1cm trwał najdłużej i oczywiście było za późno na jakiekolwiek znieczulenie. Ratowałem się tylko gazem (co nawiasem mówić przyniosło trochę szkód, ponieważ po porodzie miałam strasznie zaflegmione gardło, a wiadomo ciężko było to odkaszlnąć).

W między czasie zmiana położnej, przyszedł student i wszyscy w trójkę z moim mężem sobie rozmawiają w czasie jak ja próbuje wypchnąć naszą maliznę. I tak od 9:40 do 11:41 parłam aż wyskoczyła zdrowiutka dziewczynka. Mąż płacze, student płacze, a ja czuję ogromna ulgę że się udało bez żadnych wspomagaczy. 

Następnie cudowne 2h tylko dla naszej trójki, które były dla mnie jakby się czas zatrzymał.  Wspaniałe wspominam położną, która po tych 2h pomogła mi się umyć. Następnie pod rękę zaprowadziła mnie do sali poporodowej i uścisnęła ostatni raz z gratulacjami. Było to bardzo miłe przeżycie.

Historia Kasi

Dziewiątego grudnia 2018 roku (15 dni po wyznaczonej dacie terminu) o godz. 5:16 nad
ranem w niedziele przyszedł na świat mój synek Alexander Breki (52cm, 3760kg).

Dziś mały ma 7 miesięcy i od pierwszego dnia jest bardzo pogodnym i radosnym, nie sprawiającym żadnych problemów, zdrowym i spokojnym dzieckiem. Rodziłam po raz pierwszy w wieku 35 lat. Poród był długi, intensywny i wymagający (aktywna faza porodu od momentu skurczy w odstępie ok 5 minut trwała 24 godziny, dwóch dni z średnio-zaawansowaną intensywnością skurczy poprzedzających fazę intensywną nie liczę). Mimo wszystko wspominam go jako najpiękniejsze chwile mojego życia i już drugiego dnia po porodzie trzymając tego maluszka wiedziałam, ze chce
mieć więcej dzieci!

Na samym początku ciąży miałam głębokie pragnienie, by urodzić w domu w naturalny sposób, jeszcze nie wiedziałam co i jak to będzie, ale wewnętrznie czułam, że tak będzie najlepiej i najbezpieczniej dla mnie i dla dziecka. Nigdy nie miałam zaufania do szpitali i bardzo źle mi się kojarzą (do tej pory). Wychodziłam z założenia, że do szpitala jadą chorzy, pacjenci, a ja kobieta rodząca poradzę sobie w domu. Bardzo zależało mi na intymności całego wydarzenia i na poczuciu bezpieczeństwa jakie daje mi mój własny dom, na naturalności całego wydarzenia,.

Niechęć do instytucji medycznej, jakim jest szpital, gdzie trzeba się „poddać” pewnym obowiązującym zasadom i przepisom, i gdzie w wielu przypadkach narzucane zostają metody urodzenia dziecka, przeważyła. Stąd też decyzję o przygotowaniu się do porodu domowego podjęłam już w pierwszym trymestrze ciąży.

Mój partner, początkowo niepewny i lekko przerażony moim wyborem, po pierwszym spotkaniu z położnymi z prywatnej kliniki, które opiekowały się mną w końcowej fazie ciąży i miały towarzyszyć przy porodzie w domu, nabrał pewności i ostatecznie bardzo mu się taki pomysł spodobał.

Ciąża przebiegała bezproblemowo i przez wszystkie trymestry czułam się bardzo dobrze. Cały drugi trymestr spędziłam czytając i studiując książkę „Effective Birth Preparation” – Maggie Howell, założycielki hipnoterapii porodowej (natal hypnotherapy). Utwierdziła mnie w przekonaniu, że poród może być i powinien być pięknym przeżyciem, że moje ciało jest w stanie urodzić bez strachu, lęków i stresu, w naturalny sposób.

Trzeci trymestr miął na osłuchiwaniu się z hipnoterapia czyli tzw. programowaniem mózgu na to co ma nastąpić. Ćwiczenia polegały również na pracy z oddechem oraz na wsłuchiwaniem się w piękne afirmacje dla kobiet w ciąży i wizualizowanie w myślach wymarzonego porodu.
Muszę przyznać, że hipnoterapia porodowa jest czymś wspaniałym i bardzo mi pomogła. Teraz wręcz nie wyobrażam sobie porodu bez tego przygotowania jakie miałam.

Jeśli chodzi o „ból” skurczy porodowych to należę to tych mam, które nie pamiętają bólu! I to chyba dlatego, że nie traktowałam skurczy jako bólu, tylko jako doświadczenie intensywnych doznań. Wierzę, ze hipnoterapia zdziałała cuda, bo w fazie przygotowań jak mantrę powtarzałam sobie, że skurcze to fala ciepła, która przychodzi i odchodzi. Im intensywniejszy skurcz tym moje dzieciątko jest bliżej mnie, i że ja i moje ciało są silniejsze od tych skurczy, więc jestem w stanie przez nie oddychać rozluźniona. Muszę przyznać, że moje położne były pod ogromnym wrażeniem spokoju jaki towarzyszył mi przez cały czas. Przyznaję, że poród był wyczerpujący jak maraton dla biegacza, ale każdy jeden skurcz przyjmowałam z największym rozluźnieniem ciała na jaki mnie było stać.

Wierzę, że brak strachu i stresu przyczynił się do produkcji pozytywnych hormonów, bo podczas większej części porodu czułam się tak trochę jakby „na haju”, oderwana od rzeczywistości.

Kiedy skurcze zaczęły być intensywniejsze i w odstępie nie dłuższym niż 5 minut, ok godz. 5 nad ranem w sobotę, zadzwoniłam do mojej położnej i poprosiłam, żeby przyjechała do nas do domu, bo czułam, ze akcja zaczyna się rozkręcać. Około godz. 9 po pierwszy zbadaniu okazało się, ze mam 6cm rozwarcia. Bardzo pomagały mi wizyty pod prysznic, chodzenie po domu, tańczenie. A także wchodzenie do basenu z ciepłą wodą (zamiar był taki, żeby urodzić w wodzie, w basenie, rozstawionym na środku dużego pokoju), odpoczywanie w łóżku w różnych pozycjach, masaże pleców przez partnera. Jednym słowem komfort własnego domu był czymś wspaniałym.

Po dwukrotnym zbadaniu rozwarcia (ok godz 14tej było nadal 8cm) było jasne, że coś jest nie do końca tak jak powinno być i że poród nie rozwija się i nie wchodzi w finałową fazę. Mimo intensywności i częstotliwości skurczy, „utknęłam” przy rozwarciu 8cm. Okazało się, ze dzidziuś przekręcił się i był w tzw. położeniu tylnym, co sprawiło, ze nie był w stanie obsunąć się do miednicy (co prowadzi do pełnego rozwarcia i finałowych skurczy partych) powodując baaaardzo intensywne skurcze i nacisk na pęcherz mamusi.

Jako że położne nie były w stanie podjąć się przekręcenia dziecka do właściwej pozycji (do tego niestety potrzebna jest hospitalizacja i znieczulenie), nadszedł czas podjęcia decyzji na opuszczenie domu i przetransportowanie do szpitala. Pamiętam, że uczucie zawodu i rozczarowania w danym momencie trwało zaledwie sekundę i zniknęło, by dać miejsce trosce o dobro dziecka. Tu cudowne wsparcie okazał mi mój partner, który był zaznajomiony z tematyką hipnoterapii porodowej i całym moim przygotowaniem. Mimo napiętej sytuacji i totalnego chaosu podczas pakowania w domu i wyjazdu do szpitala, zachował spokój i był w stanie bardzo delikatnie ze mną rozmawiać i wspólnie podjąć decyzje, przypominał o właściwym oddychaniu .

Jakimś niewyjaśnionym cudem, podczas jazdy do szpitala, która zajęła ok 15 min (pojechaliśmy własnym autem), nie miałam ani jednego skurczu. Wydaje mi się, że moje ciało troszkę zaczęło się w tym momencie „zamykać” i spowolniło dalszą akcję porodową.

W szpitalu trafiłam na wspaniałe położne i bardzo chwale sobie całą opiekę i profesjonalizm personelu, mimo niechęci do tej instytucji. Od momentu przybycia do szpitala do urodzenia maluszka potrzeba było kolejnych 12stu godzin. Tu procedury szpitalne wzięły gorę. Najpierw próba przebicia wód płodowych i odczekanie 2 godzin, by zobaczyć, czy to pomoże dzidziusiowi przekręcić się naturalnie i obniżyć do miednicy, nie przyniosły skutku. Kolejną nazywana przeze mnie procedurą było podłączenia mi syntetycznej oksytocyny, najpierw słabej dawki, później większej, i też odczekanie kolejnych godzin, by zobaczyć czy „specyfik” zadziała.

W moim przypadku nic nie działało. Nawet znieczulenie, które zostało mi podane w bardzo minimalny sposób jedynie zmniejszyło intensywność skurczy. Dzidziuś nadal „tkwił” w położeniu tylnym przy rozwarciu 8cm. W końcu około godz 1szej w nocy pani doktor przekręciła dzidziusia (bardzo fachowo, cenie sobie jej profesjonalizm po dzień dzisiejszy). I w tym momencie przyszedł kryzys, dostałam gorączki i potrzebna była penicylina jak również silniejsze leki przeciwbólowe.

To był jedyny moment kiedy zatraciłam mój wewnętrzny spokój. Dziś wiem, że mój organizm po prostu nie wytrzymywał zmęczenia i intensywności porodu (wchodziłam w druga dobę intensywnego porodu i trzecia nieprzespaną noc z rzędu). W tym momencie przysnęłam na jakieś 2 godziny, które były zbawienną regeneracją.

Kiedy obudziłam się o 4 nad ranem  czułam, że rodzę. W końcu dzidziuś zdecydował się przyjść na świat! Skurcze parte były niesamowicie intensywne, ale ja byłam tak podekscytowana i pełna nowych sił, że w końcu, po tylu długich godzinach, spotkam się z moim maleństwem.
Nie pamiętam „bólu” końcowego rodzenia, jedynie podniecenie związane z przyjściem na świat mojego dzidziusia.

Po raz kolejny mój partner okazał się nieocenionym wsparciem także w tej fazie porodu podczas parcia, które w sumie trwało mniej niż 40 min. Położna przyjmująca poród była niesamowita, powyłączała światła, na sali byliśmy tylko ja, mój partner i położna. Było bardzo kameralnie i intymnie mimo szpitalnego wystroju. Synek urodził się z gorączką powyżej 38 stopi i został zaraz po urodzeniu zabrany na oddział noworodkowy na obserwację ( na szczęście temperatura szybko się unormowała i testy nie wykazały żadnych infekcji). W związku z tym zmuszeni byliśmy pozostać w szpitalu na kolejną noc.

Podsumowując historię mojego pierwszego porodu, muszę przyznać, ze mimo iż wszystko trwało bardzo długo, bo ponad 24 godzin. Pierwszą część tego czasu z pobytu w domu i końcową fazę w szpitalu wspominam bardzo pozytywnie, jako niesamowicie intensywne i piękne przeżycie. Przez cały czas, za wyjątkiem jednej chwili w szpitalu, nie opuszczał mnie wewnętrzny spokój i przeświadczenie, że wszystko jest w porządku i dzidziuś jest bezpieczny.

Nie udało się urodzić w domu, tak jak planowałam i pragnęłam, ale wiem, że dla mojego dziecka nie było innego wyjścia jak pobyt w szpitalu i pomoc lekarza w przekręceniu na właściwą pozycję. Również fakt, ze urodził się z gorączką i wymagał bliższej obserwacji utwierdza mnie w przekonaniu, ze był na właściwym miejscu.

Osobisty zawód, że moje ciało mnie zawiodło, i fakt że nie byłam w stanie stworzyć mojemu maleństwu warunków do właściwego ułożenia się, by mógł urodzić się naturalnie w domu, motywuje mnie do zaplanowania kolejnego porodu … w domu! Z nadzieją, ze za drugim razem się uda. 

Zachęcam wszystkie mamusie do zapoznania się z hipnoterapią porodową. W moim przypadku okazała się niesamowicie pomocna, wręcz zbawienna. W sposób psychiczny i fizyczny przygotowała mnie do iście długiego i intensywnego porodu.

Historia Marii

Nie jest to opowieść porodowa z Islandii, ale mimo to postanowiłam ją tu zamieścić. Cieszę się kiedy mam możliwość udostępniać Wam takie historie.

Opowiadałam o moim porodzie wielu osobom, wielu kobietom. Częściej tym drugim. Pytanie o poród, zauważyłam, następuje zwykle po początkowej serii pytań o to, jak odnajduję się w roli matki, o to, czy dziecko śpi w nocy i ile waży. Pytanie o poród często zadawane jest ostrożniejszym tonem, nieśmialej, niż poprzednie pytania. 

Moje opowiadanie jest więc już dobrze uschematyzowane i ma określony przebieg. Dużo w nim nacisku na to, jak bardzo sprawnie mi się rodziło, że właściwie wszystko dzięki wspaniałej położnej i narzeczonemu, że synek był mały. Dorzucam kilka zabawnych szczegółów, zgrabnie pomijam wszelkie fizjologiczne kwestie, wymioty, krzyk. Zamiast opowiadania o krzyku, opowiadam o tym, jak kilkanaście minut po urodzeniu dziecka śmiałam się i oświadczałam wszystkim wokół, że mogłabym zaraz urodzić jeszcze raz, byle w tym samym składzie pomocników. 

W tym opowiadaniu jest sporo mówienia o tym, jakie szczęście miałam, że udało mi się dobrze urodzić, że tak naprawdę wiele ode mnie nie zależało – czuję, że czegoś takiego oczekują słuchacze – wejścia z opowieścią w utarty schemat. Zwykle opowieści o porodach są co najwyżej opowieściami o nieprzyjemnych i męczących godzinach bólu. Mi “się poszczęściło”,”się udało”. Otóż chciałabym powiedzieć, że nic nie “się”. Że to ja. Urodziłam.

Pisząc ten tekst, chciałabym wreszcie powiedzieć głośno (napisać głośno?) sobie samej: urodziłam dobrze, mój poród był piękny, bo przed porodem zrobiłam wszystko, żeby taki był. A podczas porodu swobodnie osiadłam w swojej fizyczności i dałam się jej ponieść, ponieważ zaczęłam ufać swojemu ciału nie wtedy, kiedy poczułam pierwsze skurcze, nie wtedy, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale wiele lat wcześniej. Dzięki temu, jak wyglądało moje życie i dzięki ludziom, którzy w nim byli i są. Uważam, że doświadczenie porodu mówi sporo o doświadczaniu życia i ciała osoby rodzącej.

Pierwszy raz na temat bólu porodowego rozmawiałam ze swoją babcią. Powiedziała mi, że to trochę większy ból menstruacyjny. 

Drugi raz o bólu porodowym rozmawiałam z moją siostrą. Powiedziała to samo. I że jeśli dostanę oksytocynę, to skurcze będą prawdopodobnie stale bolały, bez przerw.

Trzeci raz rozmowy o bólu porodowym zaczęły się dla mnie podczas ciąży. Kilka osób pytało mnie, czy boję się tego bólu, na co odpowiadałam, że nie bardzo, bo cały czas się do niego przygotowuję. Z pobłażliwym uśmiechem mówiąc “Och, i ty myślisz, że na to się da przygotować?” lub “Na pewno w końcu poprosisz o znieczulenie” sugerowały mi, że moje wymysły i plan porodu to coś pomiędzy pobożnym życzeniem a fanaberią, również te kobiety, które nigdy nie rodziły. Obok nich nauczycielka jogi, na której zajęcia chodziłam, traktowała ten ból drwiąco, za każdym razem mówiąc o nim jako o “tak zwanym bólu porodowym”. Długo rozmawiałam o porodzie z moją mamą, matką czwórki dzieci urodzonych naturalnie. Twierdziła, że poród łatwiej przejść, jeśli wyłączy się intelekt i rozumowanie, a skurcze przyjmie jako coś wzmacniającego, a nie coś, z czym należy walczyć, co ona sama zrozumiała dopiero podczas ostatniego porodu. 

Od początku kwestia porodu była dla mnie czymś czysto fizycznym i moje myśli dotykały jej i obmacywały, depcząc podobnymi ścieżkami, jak podczas myślenia o wszystkich fizycznych doświadczeniach, którym poddawałam swoje ciało. Dziesięć lat przed porodem zaczęłam jeździć na rowerze, głównie po górach, średnio 60 km dziennie przez kilka miesięcy w roku. Wjeżdżałam na szczyt góry niedaleko mojego rodzinnego domu, pokonując przewyższenie 500 m w 20-23 minuty. Później, jakieś siedem lat przed porodem, zaczęłam biegać. Po kilkunastu miesiącach biegania byłam w stanie przebiec 24 km. Sześć lat przed porodem wbiegłam na swoją pierwszą górę. Pięć lat przed porodem spędziłam, regularnie biegając po płaskim terenie dystanse 12-20 km i regularnie trenując w górach. Dwa lata i rok przed porodem w tydzień przeszłam z plecakiem po górach ponad 300 km. 

Kiedy słyszałam rozmowy moich koleżanek na temat tego, jak dobre i potrzebne podczas porodu jest znieczulenie, moją pierwszą myślą było: dlaczego miałabym brać znieczulenie podczas wbiegania na Czantorię? Nie miałam oczywiście pojęcia, jak boli rodzenie dziecka. Ale wiedziałam, jak boli wbieganie na górę. Nogi bolą, przede wszystkim boli oddychanie, całe ciało boli z wysiłku, który kończy się, kiedy wbiegam na fragment prowadzący w dół, potem wbiegam znowu pod górę – wydaje mi się, że nie dam rady, że zaraz się przewrócę – a potem znowu nagle trafia się ten zbawienny odcinek po płaskim albo w dół, żeby zaraz za chwilę droga skręciła pod górę i lekko w dół za następne kilkaset metrów… aż w końcu docieram do szczytu i mogę odpocząć. Nic już nie będzie bolało. 

Z drugiej strony, momentami bałam się, że mój sposób myślenia i intuicja okażą się niczym w obliczu Tego Bólu. Wiele kobiet mówiło lub czytałam u wielu kobiet, że intensywność doznań zaskoczyła je całkowicie i że nie były w stanie się na nie przygotować. 

Na przeżycie mojego doświadczenia porodowego zebrały się fragmenty doświadczeń innych osób. Miałam w głowie to, co mówiła mi babcia, mama i siostra, położna, koleżanki. Jedna rada utkwiła mi w głowie szczególnie: to, co powiedziała na ten temat moja przyjaciółka Magda. Przy pierwszym porodzie nie wiedziała, co się z nią dzieje, i bardzo źle go zniosła. Rodząc drugą córkę, przygotowała się starannie i miała o wiele większą świadomość tego, co dzieje się z jej ciałem. Rozum, powiedziałam sobie – zrozumieć, co się wydarzy, to nie jest takie trudne. Przeczytałam kilka książek na temat porodu naturalnego, dowiedziałam się wiele o działaniu hormonów i celowości różnych procesów, które zachodzą wewnątrz organizmu. Przeczytałam mnóstwo znalezionych w internecie opisów porodów, różnych, lekkich i dobrych, aż po porody traumatyczne.

Poczucie wiary w to, że moje ciało będzie doskonale wiedziało, co zrobić, oraz strach przed nadużyciami czy przemocą szpitalną sprawiły, że przez chwilę myślałam o tym, żeby urodzić w domu. Ile mniej interwencji, o ile przyjaźniejsze miejsce, mój dom, moje łóżko! Mój narzeczony nie zgodził się jednak i po pewnym czasie sama całkiem porzuciłam ten pomysł. Chciałam przygotować się na różne scenariusze porodowe, a te najbardziej skomplikowane wiązały się z interwencjami i poważną pomocą medyczną, na co nie było szans w domu.

Czytając te historie internetowe, nie potrafiłam myśleć o porodzie nawet przez moment jako o czymś mistycznym, jako o przekraczaniu granicy życia, otwieraniu się bramy istnienia i tak dalej. O nie, dla mnie od początku to była kwestia ciała, a nie ducha. Może trochę intelektu, ale nie dla mnie mantry, afirmacje i modlitwy. Ciało było tu i teraz, wiedziałam, że mogę poświęcić te dziewięć miesięcy na fizyczne przygotowanie go do porodu i to dawało mi spokój. Moimi mantrami były długie spacery po mieście i po górach. Moimi afirmacjami – joga dwa razy w tygodniu, wraz z nauką głębokiego, rozluźniającego ciało oddychania i oddychania dla dodania ciału energii. Moje modlitwy to były kolejne długości basenu, pokonywane kraulem kilka razy w miesiącu. 

Cała ciąża przebiegała mi bez zakłóceń i bez wyraźnych dolegliwości, poza sporadycznymi napadami senności. Wizyty u lekarza prowadzącego trwały pięć minut. Rutynowe badania krwi, zerkał na wyniki, pytał o samopoczucie i nigdy nie pamiętał, czy potrzebuję L4, czy nie. Nie potrzebowałam, pracowałam w domu prawie do końca ciąży. Ostatnie szczegółowe USG miałam w 30. tygodniu i stwierdziłam, że więcej nie potrzebuję, tak zresztą też twierdził wyluzowany i niespecjalnie zainteresowany moim “prostym przypadkiem” lekarz. 

O wiele ważniejszą postacią wydawała mi się położna przyjmująca poród. Znalazłam położną, która przyjmuje porody domowe i jest nastawiona na wspieranie naturalnego przebiegu porodu; podpisałam umowę ze szpitalem, gdzie wskazałam ją jako osobę, którą chcę mieć przy sobie w tym czasie. Chodziłam również na prowadzoną przez nią szkołę rodzenia. Byłam pewna tego, że ma posłuch u lekarzy ze względu na swoje ogromne doświadczenie, więc oswoiłam w ten sposób część obaw związanych z porodem w asyście kogoś przypadkowego. 

Swoją drogą, poszliśmy pewnego dnia w góry z przyjaciółmi, wśród nich z dziewczyną, która opowiadała mi o swoim trudnym porodzie sprzed jedenastu lat. O tym, jak długi i ciężki był i jak bardzo wspierała ją wtedy przy nim położna, wyszukana wśród wszystkich położnych w Krakowie, jedyna w tamtym czasie z podejściem wspierającym brak ingerencji. Po dojściu do końca szlaku i po długich porodowych rozmowach okazało się, że była to ta sama położna, z którą miałam rodzić.

Ta położna powiedziała mi o tym, jak ważne jest przygotowywanie do porodu tkanek krocza, więc na osiem tygodni przed terminem zaczęłam masaże. Olejek ze słodkich migdałów, potem olejek z wiesiołka, którym masowałam się i który piłam. Przez całą ciążę piłam herbatę z pokrzywy, a od 32. tygodnia – również z liści malin. Tym właśnie smakuje mi ciąża, pokrzywą i liśćmi malin, wymieszanymi w jeden napar, czasem z dodatkiem miodu i imbiru. Do tego daktyle, o których też czytałam i słyszałam, że odżywiają dobrze mięsień macicy. Na ile to wszystko miało wpływ na moje ciało, tego nie wiem. Wierzyłam, że było istotną częścią przygotowań. 

Termin porodu miałam na 3 lutego, drugi, z USG, na 4 lutego, czyli na wtorek. Skurcze przepowiadające czułam już miesiąc przed tymi datami, czasem słabsze, czasem mocniejsze. Pamiętałam jednak, że te porodowe rozpoznam na pewno, a na razie nie rozpoznawałam żadnych. W niedzielę 2 lutego postanowiłam pójść na kopiec Kraka, jakieś dwa kilometry od naszego mieszkania. Weszłam na szczyt kopca, popatrzyłam z góry na Kraków – wiał silny wiatr i było mroźnie – i postanowiłam, że jak wrócę, to zacznę rodzić. Lubię to miejsce i chciałam, żeby kojarzyło mi się z porodem. 

Wróciłam i nie zaczęłam rodzić.

We wtorek, w dzień terminu, pojechaliśmy rano na USG, które postanowiliśmy zrobić u innej lekarki, z lepszym sprzętem, żeby mimo mojego wspaniałego samopoczucia upewnić się, że wszystko jest dobrze. KTG, a potem USG. Lekarka żartowała sobie z nami, zbadała mnie ginekologicznie, powiedziała, że jeszcze mamy czas, a kiedy robiła USG, nagle zamilkła.

Wiedziałam, że takie zamilknięcie to nic dobrego, bo poprzednią ciążę straciłam i dowiedziałam się o tym właśnie przez takie milczenie. Zaczęłam się trząść i zapytałam, czy wszystko w porządku. Lekarka powiedziała, że dziecko jest bardzo małe, waży szacunkowo tylko 2.500 kg i za mało urosło od ostatniego badania. Że ma nieproporcjonalnie dużą głowę, za mały tułów. Że prawdopodobnie jest coś nie tak, dziecko może być niedotlenione, ona rekomenduje nam, żebyśmy pojechali do szpitala, w którym chcemy rodzić.

Z moim dzieckiem było coś nie tak. 

Nie mieliśmy pojęcia, co o tym myśleć i co się tak naprawdę stało. Byliśmy jak skamieniali. Pojechaliśmy na izbę przyjęć i czekaliśmy w kolejce. Zostałam przyjęta i zrobiono mi kolejne USG, na którym dziecko ważyło już 2.700, ale to i tak było podobno za mało. Podobno należało poród wywoływać. Przyjęto mnie na oddział patologii ciąży i po pięciu godzinach od pierwszej, niespodziewanej diagnozy miałam już założony balonik – cewnik Foleya – i nakaz chodzenia jak najwięcej. 

Ledwo byłam w stanie chodzić i myśleć, bo nie wiedziałam nadal, co się dzieje i dlaczego. Jak mogliśmy nie zrobić żadnego USG od trzech miesięcy prawie? Czemu nie podglądaliśmy tego dziecka co miesiąc, co tydzień, codziennie, żeby upewniać się, że dobrze się rozwija? Czemu zaufaliśmy temu, co mówił tamten lekarz? Poczułam się, jakby moje dziecko zostało mi zabrane, a zamiast niego miałam w brzuchu za małego, dziwacznego, chorego stwora z wielką głową, który będzie musiał całe życie być pod naszą nieustanną opieką. Było mi go żal. Było mi żal nas, siebie samej. Maszerując tam i z powrotem korytarzami analizowałam ciągle od początku wszystko, co mogłam zrobić lepiej i zastanawiałam się, dlaczego nie zrobiłam.

Koleżanki z sali leżały w szpitalu od kilku miesięcy, obie z bardzo zagrożonymi ciążami, ciągle badane i podpinane pod aparatury, w ciągłym, oswojonym strachu przed utratą swoich dzieci. Ja nie wiedziałam, czego mam się bać, bo nikt nie był w stanie mi powiedzieć czy jest czego. Jedna lekarka powiedziała, że być może będę rodziła małe dzieci, druga – że to wszystko może prowadzić do dziecięcego porażenia mózgowego. Nie wiedziałam, co o tym myśleć.

Powiedziano mi, że jeśli nic się nie zacznie dziać, to następnego dnia rano podejmiemy próbę wywołania porodu pod oksytocyną. Czułam mocne skurcze, ale pod wieczór ustały i położna wykonująca ostatnie KTG zażartowała w odpowiedzi na pytanie mojego narzeczonego, że raczej nie wyglądam, jakbym miała zaraz urodzić. O 21:00 pojechał do domu, a ja próbowałam zasnąć.

O 23:45 obudził mnie ból podbrzusza, który początkowo próbowałam zignorować i spać dalej, jednak już po kilku minutach wiedziałam, że mi się to nie uda. Ból był zbyt silny. Żeby go zmniejszyć, postanowiłam przejść się na spacer. Cicho ubrałam szlafrok i zaczęłam krążyć po korytarzu. Po jakimś kwadransie poszłam do toalety, gdzie wypadł mi balonik – okrągły i duży. Pomyślałam wtedy, że jeśli ten balonik ma cztery centymetry, to coś dwa razy większego uda mi się urodzić bez problemu (i zdziwiłam się, że biorąc pod uwagę cały miniony dzień, jestem w stanie nadal ze sobą żartować).

Poszłam do dyżurki położnych i szepcząc poinformowałam, że chyba będę rodzić. Na zmianie była młoda dziewczyna, która z szerokim, spokojnym uśmiechem poprosiła, żebym zebrała swoje rzeczy i że zaraz pomoże mi przejść na oddział położniczy. Spytała, czy mogę iść o własnych siłach. Mogłam. Spytała, jak regularne są skurcze. Były co dwie minuty.

Na sali przedporodowej zostałam podłączona, trzeci raz w ciągu tej doby, pod KTG. Leżenie było straszne, cała chciałam wstać i chodzić, ruszać się, zginać, byle nie leżeć. Po czterdziestu minutach leżenia odeszły mi wody. Położna z tego oddziału obejrzała je i stwierdziła, że to chyba nie wody, nie wchodziłam z nią w polemikę, tylko poprosiłam, żeby to KTG już się skończyło. 

Na sali za drzwiami rodziła jakaś kobieta i słyszałam, jak położna krzyczy na nią, że ma nie krzyczeć. Myślałam o tym, że ja też będę tam pewnie rodziła jeszcze dzisiaj – było już koło 1:00 – i że mam nadzieję, że moja położna nie będzie na mnie krzyczała. Miała przyjechać koło 2:00.

Uwolniona spod KTG, poszłam w końcu pod prysznic. Zjadłam banana, którego po chwili zwymiotowałam. Napisałam do narzeczonego, że kiedy przyjedzie, będę pod prysznicem.

Prysznic był bardzo świadomym czasem. Skupiona w sobie i spokojna, myślałam o tym, że właśnie zaczął się mój poród. Skurcze były bardzo mocne, ale zgodnie z tym, co mówiła moja mama, starałam się przyjmować je do siebie i poddawać się im, nie wstrzymywać oddechu, tylko oddechem pozwalać im rosnąć. Mój chłopak wszedł do łazienki i usiadł na ziemi, obserwując mnie. Stałam oparta rękami o ścianę kabiny prysznicowej i podczas skurczu zamykałam oczy, polewałam się wodą, cicho mruczałam coś do siebie i tańczyłam, kręcąc biodrami, ruszając ciałem w takt skurczu. Podczas przerw, wspaniałych przerw, które były jak haust świeżego powietrza, opowiadałam Michałowi, co czuję i co się ze mną dzieje. Podawał mi wodę do picia.

Po 2:00 przyjechała położna. Weszła i szeptem zapytała, czy może mnie zbadać. Po badaniu zadowolona powiedziała, że jesteśmy na bardzo dobrym etapie. Zgasiła nam światło w pokoju, okryła mnie kocem. Zaproponowała, żebym usiadła na piłce, piłkę wziął między nogi Michał. Dostałam gaz do wdychania podczas skurczu, a on dostał instrukcję: pomiędzy skurczami miał pomagać mi kręcić biodrami na piłce, podczas skurczu miał naciskać na moje ramiona, pomagając mi skakać lekko na piłce. 

Minęły nam tak dwie kolejne godziny, podczas których byłam daleko. Nie bardzo wiedziałam, co się dzieje, ale było mi dobrze, ciepło, przyjemnie. Między skurczami kładłam się na ramionach Michała i mówiłam mu o tym, jak mi cudownie. Nie myślałam o tym, o czym myślałam, że będę myśleć: o dziecku, które zaraz się pojawi, albo o tym, kiedy to wszystko się skończy. Byłam zawieszona w próżni czasu i przestrzeni. Istniał tylko oddech, skurcz, odpoczynek po skurczu. 

Aż nagle usłyszałam swój krzyk i zrozumiałam, że zaczęły się skurcze parte. Chwilę po nim weszła do sali położna, poprosiła, żebym się położyła i powiedziała, że zaraz będziemy rodzić.

Pamiętam, że położyłam się na łóżku i bardzo chciałam odpocząć. Udało mi się nawet zasnąć na chwilę, ale Michał i położna obudzili mnie, mówiąc, że musimy już iść, że zaraz urodzę. 

Już?

Byłam cały czas skupiona w sobie i prawie nie miałam kontaktu z rzeczywistością, kiedy klęczałam na krześle porodowym. Wtedy pierwszy raz poczułam coś na kształt paniki – miałam ochotę zerwać się i uciekać, czułam, że nad niczym nie panuję. Podeszła do mnie położna i zdecydowanie poradziła, żebym oddychała. Z wielkim wysiłkiem wróciłam do mojego rytmu głębokiego oddychania i już po kilku oddechach byłam z powrotem. W tamtym momencie położna zapytała, czy chcę dotknąć główki dziecka, ale zdecydowanie odparłam, że nie chcę.

Nie było mojego dziecka w tym porodzie. Wręcz zapomniałam, że ono ma się urodzić, przyjmowałam tylko podczas szybkich badań jego tętna informację, że wszystko w porządku. I nagle ta główka, której podczas pisania planu porodu bardzo chciałam dotknąć.

Przeszłam z klęczek do kucania i na kilku skurczach, piekących, niewygodnych, ale znośnych, urodziłam synka, którego natychmiast dostałam na brzuch. Bezwładne, sine ciałko wypadło ze mnie i poczułam je gorące na sobie. Nie wydawał żadnego dźwięku, ale łypał na mnie jednym czarnym okiem spod prześcieradła, którym zostaliśmy od razu przykryci. 

Wokół też panowała cisza. Ja umilkłam, światło było przyćmione. Tak sobie leżeliśmy i parzyliśmy na siebie, a wokół coś się działo, przyszła jakaś inna lekarka. Gdzieś obok mój narzeczony powiedział, że synek dostał 10/10 punktów, poczułam ulgę, bo to chyba znaczyło, że jest zdrowy, że wszystko w nim w porządku? 

Wydawał się taki spokojny, jak leżał w moich ramionach, a ja byłam szczęśliwa, że już jest, taki mały i łypiący. Leżeliśmy tak, a położna krzątała się cicho, sprzątając coś czy przygotowując. Przyszła jeszcze lekarka, żeby mnie zbadać, okazało się, że lekko pękłam i trzeba założyć mi jeden szew. Potem zostałam przewieziona na wózku, z dzieckiem w rękach, na salę. Tam z pomocą położnej, leżąc, przystawiłam synka do piersi i poczułam, jak zaczął ją ssać. 

Po dwóch godzinach Michał poszedł z synem na badania, a ja poszłam pod prysznic.  Zmęczona wróciłam do łóżka, gdzie w końcu zaczęliśmy naradzać się nad tym, jak syn będzie miał na imię. 

Przez pierwsze dni po porodzie byłam w stanie bliskim euforii. Czułam ogromną siłę, a przy tym wszystkim ogromną ulgę, że mój syn jest zdrowy i cały. Przed porodem spodziewałam się, że nie będę chciała mieć nikogo obok siebie, poza nami, w domu i w okolicy. Po porodzie chciałam zapraszać wszystkich bliskich i przyjaciół, żeby dzielić się z nimi swoją radością.

Na przeżycie mojego doświadczenia porodowego zebrały się fragmenty doświadczeń innych osób. Wierzę, że opowiadając w pełni prawdziwie o moim własnym porodzie, pomogę przeżyć poród komuś innemu, kto przeczyta moją historię.

Chcesz podzielić się swoją historią porodową?