Poznaj dobre historie porodowe z wyspy.
Spokój, lawenda i poród w rytmie natury: historia porodu w Kelfaviku
Wody odeszły mi o godzinie 2:30 w nocy, zadzwoniłam do HSS w Keflaviku. Położna kazała mi przyjechać karetką, ponieważ chciała sprawdzić, czy główka jest dobrze ulokowana w kanale (miałam mieć wizytę w Rvku na skan za kilka dni ze względu na to, że spadł mi obwód brzucha). Główka jeszcze się „chybotała”, więc czekaliśmy, aż skurcze sprowadzą go poprawnie do kanału.
Leżałam 2 h pod KTG, po czym położna powiedziała, że wszystko jest w porządku i mały ułożył się prawidłowo. Udało mi się zdrzemnąć godzinkę. Ponieważ na lewym boku skurcze znacząco straciły na częstotliwości, dostałam również leki przeciwbólowe doustnie. O 10 rano dalej miałam 1 cm rozwarcia (skurcze od początku miałam bardzo regularne ze względu na to, że większość wód odeszła – skurcze co 3–5 min), więc położne powiedziały, żebym poszła do domu ze względu na to, że porody przeważnie szybciej się rozkręcają w znanym nam otoczeniu.
Dwa miesiące przed porodem poznałam technikę hypnobirthing, którą codziennie ćwiczyłam (gorąco polecam). Zatem po godz. 10:00 rodziłam sobie w domu. Skurcze były do wytrzymania (kręciłam miednicą w kółko, używałam metody oddychania 4 wdech, 8 wydech, wydychałam ból i nie walczyłam z nim, tylko akceptowałam). Bawiłam się z kotkami i pisałam z rodziną na FB (naprawdę przerwy pomiędzy skurczami są na tyle długie, że przy dobrym podejściu nie kolekcjonuje się w ogóle poprzednich skurczy. Dobrze jest „oszukiwać się”, że ten nadchodzący skurcz to pierwszy :)). Nasmarowałam się olejkiem z lawendy, masowałam sobie stopy.
Po chwili miałam takie 2 mocne skurcze, więc stwierdziłam, że wejdę do wanny. W wannie było 5 skurczy, już tak średnio do wytrzymania. Poprosiłam partnera, żeby zadzwonił do szpitala. Jak wyszłam z wanny, to 10–15 skurczy miałam do wyjazdu do szpitala już tak trochę z krzykiem. Jak dojechałam do szpitala (godz. 16:00), okazało się, że mam 7 cm rozwarcia! Poprosiłam o wannę, ale położna stwierdziła, że jest za późno. Po następnych 5 skurczach zaczęłam mieć skurcze parte, więc sprawdzili, że 10 cm już jest i kazali mi przeć, ale w trakcie skurczu nie krzyczeć. Potrzebowałam chwilę, żeby zrozumieć, o co dokładnie położnym chodzi i w jaki sposób mam przeć. Po 4 skurczach partych w pozycji niekorzystnej dla mnie położne poprosiły, abym się przekręciła na plecy, bo będzie mi łatwiej. I tak było – po 2 kolejnych skurczach urodziłam.
Położne były przecudowne – poród przyjmowała Rebeka i Jonina, obie świetne. Mały cały i zdrowy.
Jeśli poród jest bez komplikacji i kobieta jest gotowa rodzić bez znieczulenia, to gorąco polecam ten szpital – pełno miłości, z partnerem byliśmy w szoku tym, jak pięknie nas przyjęli. Co więcej, spełniają nasze potrzeby – jak poprosiłam, tak robili. Rodziłam z partnerem i nie żałuję. Potrzebowałam tyle miłości podczas porodu i jego wsparcie jest nie do opisania. Dodam, że na nikogo nie byłam zła i nie krzyczałam na nikogo. Podczas porodu byłam bardzo spokojna. Co jest moim zdaniem ważne, to to, że bez znieczulenia można spokojnie rodzić – poruszając się i będąc aktywną, co jest samo w sobie ogromnym znieczuleniem. Organizm podpowiada, co robić, tylko trzeba go słuchać.
Jeśli chodzi o niepokój/niepewność związaną z porodem w Keflaviku, to pamiętajcie, że jeśli skurcze są dla was zbyt trudne, to zawsze macie czas na wybór i transfer do szpitala w Reykjaviku. Ja dałam sobie taki luz, że jeśli będzie okej, to urodzę w Keflaviku, a jeśli nie, to w Rvku. Położne i tak często już przed porodem widzą, czy kobieta da sobie radę i czy jej ciąża nadaje się do porodu w Keflaviku.
Życzę wam wszystkim powodzenia i jak się dobrze przygotujecie psychicznie, to porody naprawdę potrafią być piękne, tak jak mój.
Wyścig z czasem i prezent dla męża: Historia Emilii
To historia mojego porodu na Islandii, pierwszego i jak dotąd jedynego.
Od początku ciąży byłam pozytywnie nastawiona do porodu. Uznawałam to po prostu za kolejny krok, który trzeba zrobić, i koniec. Cieszyłam się, że odbędzie się on na Islandii. Mam jakieś większe zaufanie do tutejszej służby zdrowia. Więc oczytana we wszystkich blogach i po informacjach od położnej, wyczekiwałam tylko, aż się zacznie.
Termin 6.02, mąż ma urodziny 7.02. Po cichu liczyłam, że zrobię mu prezent, ale niestety termin minął, a tu totalna cisza. Miałam wyznaczoną kolejną wizytę u położnej, gdzie miał odbyć się masaż szyjki macicy. Zaczęłam się trochę denerwować, bo słyszałam z opowieści, że może to być gorsze od porodu – na szczęście mała wyskoczyła wcześniej.
Tak w każdym dniu, jak tylko mąż wracał z pracy, miałam nadzieję, że to będzie właśnie dziś. W ogóle ciągle nie rozumiem, dlaczego tak mi zależało, żeby poród się zaczął wieczorem albo w nocy. Pewnej nocy, jak mąż już spał, a ja z bezsenności oglądałam TV, nagle jakieś dziwne bóle się zaczęły. Próbowałam zmieniać pozycję w łóżku, ale to nic nie dało. Wstałam, pochodziłam po mieszkaniu, a one ciągle wracały, niepodobne do niczego.
Wzięłam za zegarek, patrzę, a one są co 6–7 minut! Budzę męża, mówię, żeby się ogarnął, bo chyba się zaczyna, i żeby dzwonił do szpitala. W szpitalu powiedzieli, żeby czekać w domu i jak się pojawią co 2–3 minuty – przyjeżdżać. No to czekamy… wanna, prysznic, herbata, słodkości, czas mija. Nagle zobaczyłam krew na wkładce. Proszę męża, żeby znowu zadzwonił, skurcze co 4–5 minut. Szpital odpowiada: „to normalne, proszę dalej czekać…”.
Minęło już 5 h od pierwszych bóli. Jest około 4:00 w nocy, mówię do męża, że jedziemy – najwyżej nas odeślą do domu, ale po prostu się martwię, bo jakby nie było, jest to mój pierwszy poród. W drodze widzę, że już skurcze są co 2 minuty, więc czuję, że już bliżej niż dalej.
Badanie w szpitalu, położna mówi: „jest jakieś 8–9 cm, pani już tutaj zostanie”. Ja w szoku, ale i zadowolona. Myślę sobie: został 1 cm, więc chwila moment i urodzę. Niestety ten 1 cm trwał najdłużej i oczywiście było za późno na jakiekolwiek znieczulenie. Ratowałam się tylko gazem (co, nawiasem mówiąc, przyniosło trochę szkód, ponieważ po porodzie miałam strasznie zaflegmione gardło, a wiadomo – ciężko było to odkaszlnąć).
W międzyczasie zmiana położnej, przyszedł student i wszyscy w trójkę z moim mężem sobie rozmawiają w czasie, jak ja próbuję wypchnąć naszą maliznę. I tak od 9:40 do 11:41 parłam, aż wyskoczyła zdrowiutka dziewczynka. Mąż płacze, student płacze, a ja czuję ogromną ulgę, że się udało bez żadnych wspomagaczy.
Następnie cudowne 2 h tylko dla naszej trójki, które były dla mnie, jakby się czas zatrzymał. Wspaniale wspominam położną, która po tych 2 h pomogła mi się umyć. Następnie pod rękę zaprowadziła mnie do sali poporodowej i uścisnęła ostatni raz z gratulacjami. Było to bardzo miłe przeżycie.
Gdy plan spotyka się z rzeczywistością: Kasia i Alexander Breki
Dziewiątego grudnia 2018 roku (15 dni po wyznaczonej dacie terminu) o godz. 5:16 nad ranem w niedzielę przyszedł na świat mój synek Alexander Breki (52 cm, 3760 g).
Dziś mały ma 7 miesięcy i od pierwszego dnia jest bardzo pogodnym i radosnym, niesprawiającym żadnych problemów, zdrowym i spokojnym dzieckiem. Rodziłam po raz pierwszy w wieku 35 lat. Poród był długi, intensywny i wymagający (aktywna faza porodu od momentu skurczy w odstępie ok. 5 minut trwała 24 godziny; dwóch dni ze średnio zaawansowaną intensywnością skurczy poprzedzających fazę intensywną nie liczę). Mimo wszystko wspominam go jako najpiękniejsze chwile mojego życia i już drugiego dnia po porodzie, trzymając tego maluszka, wiedziałam, że chcę mieć więcej dzieci!
Na samym początku ciąży miałam głębokie pragnienie, by urodzić w domu w naturalny sposób. Jeszcze nie wiedziałam, co i jak to będzie, ale wewnętrznie czułam, że tak będzie najlepiej i najbezpieczniej dla mnie i dla dziecka. Nigdy nie miałam zaufania do szpitali i bardzo źle mi się kojarzą (do tej pory). Wychodziłam z założenia, że do szpitala jadą chorzy, pacjenci, a ja – kobieta rodząca – poradzę sobie w domu. Bardzo zależało mi na intymności całego wydarzenia i na poczuciu bezpieczeństwa, jakie daje mi mój własny dom.
Niechęć do instytucji medycznej, jaką jest szpital, gdzie trzeba się „poddać” pewnym obowiązującym zasadom i gdzie w wielu przypadkach narzucane zostają metody urodzenia dziecka, przeważyła. Stąd też decyzję o przygotowaniu się do porodu domowego podjęłam już w pierwszym trymestrze ciąży. Mój partner po pierwszym spotkaniu z położnymi z prywatnej kliniki nabrał pewności i ostatecznie bardzo mu się taki pomysł spodobał.
Cały drugi trymestr spędziłam, czytając i studiując książkę „Effective Birth Preparation” – Maggie Howell, założycielki hipnoterapii porodowej (natal hypnotherapy). Utwierdziła mnie w przekonaniu, że poród może być pięknym przeżyciem, a moje ciało jest w stanie urodzić bez strachu, lęków i stresu. Trzeci trymestr minął na osłuchiwaniu się z hipnoterapią, czyli tzw. programowaniem mózgu. Ćwiczenia polegały również na pracy z oddechem oraz na wsłuchiwaniu się w piękne afirmacje. Muszę przyznać, że hipnoterapia porodowa jest czymś wspaniałym i bardzo mi pomogła.
Jeśli chodzi o „ból” skurczy porodowych, to należę do tych mam, które nie pamiętają bólu! I to chyba dlatego, że nie traktowałam skurczy jako bólu, tylko jako doświadczenie intensywnych doznań. Wierzę, że hipnoterapia zdziałała cuda. Jak mantrę powtarzałam sobie, że skurcze to fala ciepła, która przychodzi i odchodzi. Przyznaję, że poród był wyczerpujący jak maraton dla biegacza, ale każdy jeden skurcz przyjmowała z największym rozluźnieniem ciała. Podczas większej części porodu czułam się tak trochę, jakby „na haju”, oderwana od rzeczywistości.
Kiedy skurcze zaczęły być intensywniejsze (co 5 minut), ok. godz. 5:00 rano w sobotę, zadzwoniłam do mojej położnej. Około godz. 9:00, po pierwszym zbadaniu, okazało się, że mam 6 cm rozwarcia. Bardzo pomagały mi wizyty pod prysznicem, chodzenie po domu, tańczenie, a także wchodzenie do basenu z ciepłą wodą. Komfort własnego domu był czymś wspaniałym.
Po dwukrotnym zbadaniu rozwarcia (ok. godz. 14:00 było nadal 8 cm) było jasne, że coś jest nie do końca tak, jak powinno być. Mimo intensywności skurczy „utknęłam”. Okazało się, że dzidziuś przekręcił się i był w tzw. położeniu tylnym, co sprawiło, że nie był w stanie obsunąć się do miednicy. Nadszedł czas podjęcia decyzji o opuszczeniu domu i przetransportowaniu do szpitala. Tu cudowne wsparcie okazał mi mój partner – mimo napiętej sytuacji zachował spokój, przypominał o właściwym oddychaniu i wspólnie podjęliśmy decyzję.
W szpitalu trafiłam na wspaniałe położne i bardzo chwalę sobie profesjonalizm personelu. Od momentu przybycia do urodzenia maluszka potrzeba było kolejnych 12 godzin. Tu procedury szpitalne wzięły górę: próba przebicia wód oraz podłączenie syntetycznej oksytocyny. W moim przypadku nic nie działało. Dzidziuś nadal „tkwił” w tym samym miejscu. W końcu około godz. 1:00 w nocy pani doktor przekręciła dzidziusia (bardzo fachowo). W tym momencie przyszedł kryzys, dostałam gorączki i potrzebna była penicylina. Przysnęłam na jakieś 2 godziny, które były zbawienną regeneracją.
Kiedy obudziłam się o 4:00 nad ranem, czułam, że rodzę! Skurcze parte były niesamowicie intensywne, ale ja byłam podekscytowana, że w końcu spotkam się z moim maleństwem. Nie pamiętam „bólu” końcowego rodzenia. Parcie trwało mniej niż 40 min. Położna była niesamowita – powyłączała światła, było bardzo kameralnie i intymnie. Synek urodził się z gorączką i został zabrany na obserwację, ale na szczęście temperatura szybko się unormowała.
Podsumowując, mimo że wszystko trwało ponad 24 godziny, wspominam to jako niesamowicie intensywne i piękne przeżycie. Przez cały czas nie opuszczał mnie wewnętrzny spokój. Nie udało się urodzić w domu, ale wiem, że szpital był w tej sytuacji właściwym miejscem. Fakt, że nie udało się tym razem, motywuje mnie do zaplanowania kolejnego porodu… w domu!
Zachęcam wszystkie mamusie do zapoznania się z hipnoterapią porodową. W moim przypadku okazała się wręcz zbawienna.
Ciało stworzone do wysiłku: Historia Marii (Polska)
Nie jest to opowieść porodowa z Islandii, ale mimo to postanowiłam ją tu zamieścić. Cieszę się kiedy mam możliwość udostępniać Wam takie historie.
Opowiadałam o moim porodzie wielu osobom, wielu kobietom. Częściej tym drugim. Pytanie o poród, zauważyłam, następuje zwykle po początkowej serii pytań o to, jak odnajduję się w roli matki, o to, czy dziecko śpi w nocy i ile waży. Pytanie o poród często zadawane jest ostrożniejszym tonem, nieśmielej niż poprzednie pytania.
Moje opowiadanie jest więc już dobrze uschematyzowane i ma określony przebieg. Dużo w nim nacisku na to, jak bardzo sprawnie mi się rodziło, że właściwie wszystko dzięki wspaniałej położnej i narzeczonemu, że synek był mały. Dorzucam kilka zabawnych szczegółów, zgrabnie pomijam wszelkie fizjologiczne kwestie, wymioty, krzyk. Zamiast opowiadania o krzyku, opowiadam o tym, jak kilkanaście minut po urodzeniu dziecka śmiałam się i oświadczałam wszystkim wokół, że mogłabym zaraz urodzić jeszcze raz, byle w tym samym składzie pomocników.
W tym opowiadaniu jest sporo mówienia o tym, jakie szczęście miałam, że udało mi się dobrze urodzić, że tak naprawdę wiele ode mnie nie zależało – czuję, że czegoś takiego oczekują słuchacze – wejścia z opowieścią w utarty schemat. Zwykle opowieści o porodach są co najwyżej opowieściami o nieprzyjemnych i męczących godzinach bólu. Mi „się poszczęściło”, „się udało”. Otóż chciałabym powiedzieć, że nic nie „się”. Że to ja. Urodziłam.
Pisząc ten tekst, chciałabym wreszcie powiedzieć głośno (napisać głośno?) sobie samej: urodziłam dobrze, mój poród był piękny, bo przed porodem zrobiłam wszystko, żeby taki był. A podczas porodu swobodnie osiadłam w swojej fizyczności i dałam się jej ponieść, ponieważ zaczęłam ufać swojemu ciału nie wtedy, kiedy poczułam pierwsze skurcze, nie wtedy, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale wiele lat wcześniej. Dzięki temu, jak wyglądało moje życie i dzięki ludziom, którzy w nim byli i są. Uważam, że doświadczenie porodu mówi sporo o doświadczaniu życia i ciała osoby rodzącej.
Pierwszy raz na temat bólu porodowego rozmawiałam ze swoją babcią. Powiedziała mi, że to trochę większy ból menstruacyjny. Drugi raz o bólu porodowym rozmawiałam z moją siostrą. Powiedziała to samo. I że jeśli dostanę oksytocynę, to skurcze będą prawdopodobnie stale bolały, bez przerw. Trzeci raz rozmowy o bólu porodowym zaczęły się dla mnie podczas ciąży. Kilka osób pytało mnie, czy boję się tego bólu, na co odpowiadałam, że nie bardzo, bo cały czas się do niego przygotowuję. Z pobłażliwym uśmiechem mówiąc: „Och, i ty myślisz, że na to się da przygotować?” lub „Na pewno w końcu poprosisz o znieczulenie”, sugerowały mi, że moje wymysły i plan porodu to coś pomiędzy pobożnym życzeniem a fanaberią, również te kobiety, które nigdy nie rodziły. Obok nich nauczycielka jogi, na której zajęcia chodziłam, traktowała ten ból drwiąco, za każdym razem mówiąc o nim jako o „tak zwanym bólu porodowym”. Długo rozmawiałam o porodzie z moją mamą, matką czwórki dzieci urodzonych naturalnie. Twierdziła, że poród łatwiej przejść, jeśli wyłączy się intelekt i rozumowanie, a skurcze przyjmie jako coś wzmacniającego, a nie coś, z czym należy walczyć, co ona sama zrozumiała dopiero podczas ostatniego porodu.
Od początku kwestia porodu była dla mnie czymś czysto fizycznym i moje myśli dotykały jej i obmacywały, depcząc podobnymi ścieżkami, jak podczas myślenia o wszystkich fizycznych doświadczeniach, którym poddawałam swoje ciało. Dziesięć lat przed porodem zaczęłam jeździć na rowerze, głównie po górach, średnio 60 km dziennie przez kilka miesięcy w roku. Wjeżdżałam na szczyt góry niedaleko mojego rodzinnego domu, pokonując przewyższenie 500 m w 20–23 minuty. Później, jakieś siedem lat przed porodem, zaczęłam biegać. Po kilkunastu miesiącach biegania byłam w stanie przebiec 24 km. Sześć lat przed porodem wbiegłam na swoją pierwszą górę. Pięć lat przed porodem spędziłam, regularnie biegając po płaskim terenie dystanse 12–20 km i regularnie trenując w górach. Dwa lata i rok przed porodem w tydzień przeszłam z plecakiem po górach ponad 300 km.
Kiedy słyszałam rozmowy moich koleżanek na temat tego, jak dobre i potrzebne podczas porodu jest znieczulenie, moją pierwszą myślą było: dlaczego miałabym brać znieczulenie podczas wbiegania na Czantorię? Nie miałam oczywiście pojęcia, jak boli rodzenie dziecka. Ale wiedziałam, jak boli wbieganie na górę. Nogi bolą, przede wszystkim boli oddychanie, całe ciało boli z wysiłku, który kończy się, kiedy wbiegam na fragment prowadzący w dół, potem wbiegam znowu pod górę – wydaje mi się, że nie dam rady, że zaraz się przewrócę – a potem znowu nagle trafia się ten zbawienny odcinek po płaskim albo w dół, żeby zaraz za chwilę droga skręciła pod górę i lekko w dół za następne kilkaset metrów… aż w końcu docieram do szczytu i mogę odpocząć. Nic już nie będzie bolało.
Z drugiej strony, momentami bałam się, że mój sposób myślenia i intuicja okażą się niczym w obliczu Tego Bólu. Wiele kobiet mówiło lub czytałam u wielu kobiet, że intensywność doznań zaskoczyła je całkowicie i że nie były w stanie się na nie przygotować.
Na przeżycie mojego doświadczenia porodowego zebrały się fragmenty doświadczeń innych osób. Miałam w głowie to, co mówiła mi babcia, mama i siostra, położna, koleżanki. Jedna rada utkwiła mi w głowie szczególnie: to, co powiedziała na ten temat moja przyjaciółka Magda. Przy pierwszym porodzie nie wiedziała, co się z nią dzieje, i bardzo źle go zniosła. Rodząc drugą córkę, przygotowała się starannie i miała o wiele większą świadomość tego, co dzieje się z jej ciałem. Rozum, powiedziałam sobie – zrozumieć, co się wydarzy, to nie jest takie trudne. Przeczytałam kilka książek na temat porodu naturalnego, dowiedziałam się wiele o działaniu hormonów i celowości różnych procesów, które zachodzą wewnątrz organizmu. Przeczytałam mnóstwo znalezionych w internecie opisów porodów, różnych, lekkich i dobrych, aż po porody traumatyczne.
Poczucie wiary w to, że moje ciało będzie doskonale wiedziało, co zrobić, oraz strach przed nadużyciami czy przemocą szpitalną sprawiły, że przez chwilę myślałam o tym, żeby urodzić w domu. Ile mniej interwencji, o ile przyjaźniejsze miejsce, mój dom, moje łóżko! Mój narzeczony nie zgodził się jednak i po pewnym czasie sama całkiem porzuciłam ten pomysł. Chciałam przygotować się na różne scenariusze porodowe, a te najbardziej skomplikowane wiązały się z interwencjami i poważną pomocą medyczną, na co nie było szans w domu.
Czytając te historie internetowe, nie potrafiłam myśleć o porodzie nawet przez moment jako o czymś mistycznym, jako o przekraczaniu granicy życia, otwieraniu się bramy istnienia i tak dalej. O nie, dla mnie od początku to była kwestia ciała, a nie ducha. Może trochę intelektu, ale nie dla mnie mantry, afirmacje i modlitwy. Ciało było tu i teraz, wiedziałam, że mogę poświęcić te dziewięć miesięcy na fizyczne przygotowanie go do porodu i to dawało mi spokój. Moimi mantrami były długie spacery po mieście i po górach. Moimi afirmacjami – joga dwa razy w tygodniu, wraz z nauką głębokiego, rozluźniającego ciało oddychania i oddychania dla dodania ciału energii. Moje modlitwy to były kolejne długości basenu, pokonywane kraulem kilka razy w miesiącu.
Cała ciąża przebiegała mi bez zakłóceń i bez wyraźnych dolegliwości, poza sporadycznymi napadami senności. Wizyty u lekarza prowadzącego trwały pięć minut. Rutynowe badania krwi, zerkał na wyniki, pytał o samopoczucie i nigdy nie pamiętał, czy potrzebuję L4, czy nie. Nie potrzebowałam, pracowałam w domu prawie do końca ciąży. Ostatnie szczegółowe USG miałam w 30. tygodniu i stwierdziłam, że więcej nie potrzebuję, tak zresztą też twierdził wyluzowany i niespecjalnie zainteresowany moim „prostym przypadkiem” lekarz.
O wiele ważniejszą postacią wydawała mi się położna przyjmująca poród. Znalazłam położną, która przyjmuje porody domowe i jest nastawiona na wspieranie naturalnego przebiegu porodu; podpisałam umowę ze szpitalem, gdzie wskazałam ją jako osobę, którą chcę mieć przy sobie w tym czasie. Chodziłam również na prowadzoną przez nią szkołę rodzenia. Byłam pewna tego, że ma posłuch u lekarzy ze względu na swoje ogromne doświadczenie, więc oswoiłam w ten sposób część obaw związanych z porodem w asyście kogoś przypadkowego.
Swoją drogą, poszliśmy pewnego dnia w góry z przyjaciółmi, wśród nich z dziewczyną, która opowiadała mi o swoim trudnym porodzie sprzed jedenastu lat. O tym, jak długi i ciężki był i jak bardzo wspierała ją wtedy przy nim położna, wyszukana wśród wszystkich położnych w Krakowie, jedyna w tamtym czasie z podejściem wspierającym brak ingerencji. Po dojściu do końca szlaku i po długich porodowych rozmowach okazało się, że była to ta sama położna, z którą miałam rodzić.
Ta położna powiedziała mi o tym, jak ważne jest przygotowywanie do porodu tkanek krocza, więc na osiem tygodni przed terminem zaczęłam masaże. Olejek ze słodkich migdałów, potem olejek z wiesiołka, którym masowałam się i który piłam. Przez całą ciążę piłam herbatę z pokrzywy, a od 32. tygodnia – również z liści malin. Tym właśnie smakuje mi ciąża, pokrzywą i liśćmi malin, wymieszanymi w jeden napar, czasem z dodatkiem miodu i imbiru. Do tego daktyle, o których też czytałam i słyszałam, że odżywiają dobrze mięsień macicy. Na ile to wszystko miało wpływ na moje ciało, tego nie wiem. Wierzyłam, że było istotną częścią przygotowań.
Termin porodu miałam na 3 lutego, drugi, z USG, na 4 lutego, czyli na wtorek. Skurcze przepowiadające czułam już miesiąc przed tymi datami, czasem słabsze, czasem mocniejsze. Pamiętałam jednak, że te porodowe rozpoznam na pewno, a na razie nie rozpoznawałam żadnych. W niedzielę 2 lutego postanowiłam pójść na kopiec Kraka, jakieś dwa kilometry od naszego mieszkania. Weszłam na szczyt kopca, popatrzyłam z góry na Kraków – wiał silny wiatr i było mroźnie – i postanowiłam, że jak wrócę, to zacznę rodzić. Lubię to miejsce i chciałam, żeby kojarzyło mi się z porodem.
Wróciłam i nie zaczęłam rodzić.
We wtorek, w dzień terminu, pojechaliśmy rano na USG, które postanowiliśmy zrobić u innej lekarki, z lepszym sprzętem, żeby mimo mojego wspaniałego samopoczucia upewnić się, że wszystko jest dobrze. KTG, a potem USG. Lekarka żartowała sobie z nami, zbadała mnie ginekologicznie, powiedziała, że jeszcze mamy czas, a kiedy robiła USG, nagle zamilkła.
Wiedziałam, że takie zamilknięcie to nic dobrego, bo poprzednią ciążę straciłam i dowiedziałam się o tym właśnie przez takie milczenie. Zaczęłam się trząść i zapytałam, czy wszystko w porządku. Lekarka powiedziała, że dziecko jest bardzo małe, waży szacunkowo tylko 2500 g i za mało urosło od ostatniego badania. Że ma nieproporcjonalnie dużą głowę, za mały tułów. Że prawdopodobnie jest coś nie tak, dziecko może być niedotlenione, ona rekomenduje nam, żebyśmy pojechali do szpitala, w którym chcemy rodzić.
Z moim dzieckiem było coś nie tak.
Nie mieliśmy pojęcia, co o tym myśleć i co się tak naprawdę stało. Byliśmy jak skamieniali. Pojechaliśmy na izbę przyjęć i czekaliśmy w kolejce. Zostałam przyjęta i zrobiono mi kolejne USG, na którym dziecko ważyło już 2700, ale to i tak było podobno za mało. Podobno należało poród wywoływać. Przyjęto mnie na oddział patologii ciąży i po pięciu godzinach od pierwszej, niespodziewanej diagnozy miałam już założony balonik – cewnik Foleya – i nakaz chodzenia jak najwięcej.
Ledwo byłam w stanie chodzić i myśleć, bo nie wiedziałam nadal, co się dzieje i dlaczego. Jak mogliśmy nie zrobić żadnego USG od trzech miesięcy prawie? Czemu nie podglądaliśmy tego dziecka co miesiąc, co tydzień, codziennie, żeby upewniać się, że dobrze się rozwija? Czemu zaufaliśmy temu, co mówił tamten lekarz? Poczułam się, jakby moje dziecko zostało mi zabrane, a zamiast niego miałam w brzuchu za małego, dziwacznego, chorego stwora z wielką głową, który będzie musiał całe życie być pod naszą nieustanną opieką. Było mi go żal. Było mi żal nas, siebie samej. Maszerując tam i z powrotem korytarzami, analizowałam ciągle od początku wszystko, co mogłam zrobić lepiej i zastanawiałam się, dlaczego nie zrobiłam.
Koleżanki z sali leżały w szpitalu od kilku miesięcy, obie z bardzo zagrożonymi ciążami, ciągle badane i podpinane pod aparatury, w ciągłym, oswojonym strachu przed utratą swoich dzieci. Ja nie wiedziałam, czego mam się bać, bo nikt nie był w stanie mi powiedzieć czy jest czego. Jedna lekarka powiedziała, że być może będę rodziła małe dzieci, druga – że to wszystko może prowadzić do dziecięcego porażenia mózgowego. Nie wiedziałam, co o tym myśleć.
Powiedziano mi, że jeśli nic się nie zacznie dziać, to następnego dnia rano podejmiemy próbę wywołania porodu pod oksytocyną. Czułam mocne skurcze, ale pod wieczór ustały i położna wykonująca ostatnie KTG zażartowała w odpowiedzi na pytanie mojego narzeczonego, że raczej nie wyglądam, jakbym miała zaraz urodzić. O 21:00 pojechał do domu, a ja próbowałam zasnąć.
O 23:45 obudził mnie ból podbrzusza, który początkowo próbowaam zignorować i spać dalej, jednak już po kilku minutach wiedziałam, że mi się to nie uda. Ból był zbyt silny. Żeby go zmniejszyć, postanowiłam przejść się na spacer. Cicho ubrałam szlafrok i zaczęłam krążyć po korytarzu. Po jakimś kwadransie poszłam do toalety, gdzie wypadł mi balonik – okrągły i duży. Pomyślałam wtedy, że jeśli ten balonik ma cztery centymetry, to coś dwa razy większego uda mi się urodzić bez problemu (i zdziwiłam się, że biorąc pod uwagę cały miniony dzień, jestem w stanie nadal ze sobą żartować).
Poszłam do dyżurki położnych i szepcząc, poinformowałam, że chyba będę rodzić. Na zmianie była młoda dziewczyna, która z szerokim, spokojnym uśmiechem poprosiła, żebym zebrała swoje rzeczy i że zaraz pomoże mi przejść na oddział położniczy. Spytała, czy mogę iść o własnych siłach. Mogłam. Spytała, jak regularne są skurcze. Były co dwie minuty.
Na sali przedporodowej zostałam podłączona, trzeci raz w ciągu tej doby, pod KTG. Leżenie było straszne, cała chciałam wstać i chodzić, ruszać się, zginać, byle nie leżeć. Po czterdziestu minutach leżenia odeszły mi wody. Położna z tego oddziału obejrzała je i stwierdziła, że to chyba nie wody, nie wchodziłam z nią w polemikę, tylko poprosiłam, żeby to KTG już się skończyło.
Na sali za drzwiami rodziła jakaś kobieta i słyszałam, jak położna krzyczy na nią, że ma nie krzyczeć. Myślałam o tym, że ja też będę tam pewnie rodziła jeszcze dzisiaj – było już koło 1:00 – i że mam nadzieję, że moja położna nie będzie na mnie krzyczała. Miała przyjechać koło 2:00.
Uwolniona spod KTG, poszłam w końcu pod prysznic. Zjadłam banana, którego po chwili zwymiotowałam. Napisałam do narzeczonego, że kiedy przyjedzie, będę pod prysznicem.
Prysznic był bardzo świadomym czasem. Skupiona w sobie i spokojna, myślałam o tym, że właśnie zaczął się mój poród. Skurcze były bardzo mocne, ale zgodnie z tym, co mówiła moja mama, starałam się przyjmować je do siebie i poddawać się im, nie wstrzymywać oddechu, tylko oddechem pozwalać im rosnąć. Mój chłopak wszedł do łazienki i usiadł na ziemi, obserwując mnie. Stałam oparta rękami o ścianę kabiny prysznicowej i podczas skurczu zamykałam oczy, polewałam się wodą, cicho mruczałam coś do siebie i tańczyłam, kręcąc biodrami, ruszając ciałem w takt skurczu. Podczas przerw, wspaniałych przerw, które były jak haust świeżego powietrza, opowiadałam Michałowi, co czuję i co się ze mną dzieje. Podawał mi wodę do picia.
Po 2:00 przyjechała położna. Weszła i szeptem zapytała, czy może mnie zbadać. Po badaniu zadowolona powiedziała, że jesteśmy na bardzo dobrym etapie. Zgasiła nam światło w pokoju, okryła mnie kocem. Zaproponowała, żebym usiadła na piłce, piłkę wziął między nogi Michał. Dostałam gaz do wdychania podczas skurczu, a on dostał instrukcję: pomiędzy skurczami miał pomagać mi kręcić biodrami na piłce, podczas skurczu miał naciskać na moje ramiona, pomagając mi skakać lekko na piłce.
Minęły nam tak dwie kolejne godziny, podczas których byłam daleko. Nie bardzo wiedziałam, co się dzieje, ale było mi dobrze, ciepło, przyjemnie. Między skurczami kładłam się na ramionach Michała i mówiłam mu o tym, jak mi cudownie. Nie myślałam o tym, o czym myślałam, że będę myśleć: o dziecku, które zaraz się pojawi, albo o tym, kiedy to wszystko się skończy. Byłam zawieszona w próżni czasu i przestrzeni. Istniał tylko oddech, skurcz, odpoczynek po skurczu.
Aż nagle usłyszałam swój krzyk i zrozumiałam, że zaczęły się skurcze parte. Chwilę po nim weszła do sali położna, poprosiła, żebym się położyła i powiedziała, że zaraz będziemy rodzić.
Pamiętam, że położyłam się na łóżku i bardzo chciałam odpocząć. Udało mi się nawet zasnąć na chwilę, ale Michał i położna obudzili mnie, mówiąc, że musimy już iść, że zaraz urodzę.
Już?
Byłam cały czas skupiona w sobie i prawie nie miałam kontaktu z rzeczywistością, kiedy klęczałam na krześle porodowym. Wtedy pierwszy raz poczułam coś na kształt paniki – miałam ochotę zerwać się i uciekać, czułam, że nad niczym nie panuję. Podeszła do mnie położna i zdecydowanie poradziła, żebym oddychała. Z wielkim wysiłkiem wróciłam do mojego rytmu głębokiego oddychania i już po kilku oddechach byłam z powrotem. W tamtym momencie położna zapytała, czy chcę dotknąć główki dziecka, ale zdecydowanie odparłam, że nie chcę.
Nie było mojego dziecka w tym porodzie. Wręcz zapomniałam, że ono ma się urodzić, przyjmowałam tylko podczas szybkich badań jego tętna informację, że wszystko w porządku. I nagle ta główka, której podczas pisania planu porodu bardzo chciałam dotknąć.
Przeszłam z klęczek do kucania i na kilku skurczach, piekących, niewygodnych, ale znośnych, urodziłam synka, którego natychmiast dostałam na brzuch. Bezwładne, sine ciałko wypadło ze mnie i poczułam je gorące na sobie. Nie wydawał żadnego dźwięku, ale łypał na mnie jednym czarnym okiem spod prześcieradła, którym zostaliśmy od razu przykryci.
Wokół też panowała cisza. Ja umilkłam, światło było przyćmione. Tak sobie leżeliśmy i patrzyliśmy na siebie, a wokół coś się działo, przyszła jakaś inna lekarka. Gdzieś obok mój narzeczony powiedział, że synek dostał 10/10 punktów, poczułam ulgę, bo to chyba znaczyło, że jest zdrowy, że wszystko w nim w porządku.
Wydawał się taki spokojny, jak leżał w moich ramionach, a ja byłam szczęśliwa, że już jest, taki mały i łypiący. Leżeliśmy tak, a położna krzątała się cicho, sprzątając coś czy przygotowując. Przyszła jeszcze lekarka, żeby mnie zbadać, okazało się, że lekko pękłam i trzeba założyć mi jeden szew. Potem zostałam przewieziona na wózku, z dzieckiem w rękach, na salę. Tam z pomocą położnej, leżąc, przystawiłam synka do piersi i poczułam, jak zaczął ją ssać.
Po dwóch godzinach Michał poszedł z synem na badania, a ja poszłam pod prysznic. Zmęczona wróciłam do łóżka, gdzie w końcu zaczęliśmy naradzać się nad tym, jak syn będzie miał na imię.
Przez pierwsze dni po porodzie byłam w stanie bliskim euforii. Czułam ogromną siłę, a przy tym wszystkim ogromną ulgę, że mój syn jest zdrowy i cały. Przed porodem spodziewałam się, że nie będę chciała mieć nikogo obok siebie, poza nami, w domu i w okolicy. Po porodzie chciałam zapraszać wszystkich bliskich i przyjaciół, żeby dzielić się z nimi swoją radością.
Na przeżycie mojego doświadczenia porodowego zebrały się fragmenty doświadczeń innych osób. Wierzę, że opowiadając w pełni prawdziwie o moim własnym porodzie, pomogę przeżyć poród komuś innemu, kto przeczyta moją historię.
To historia mojego porodu, pierwszego i jak dotąd jedynego.
Chcesz podzielić się swoją historią porodową? Kliknij i napisz do mnie
Więcej historii porodowych znajdziesz na naszej facebookowej grupie : Islandia – ciąża, poród, połóg https://www.facebook.com/groups/islandiaciaza


